Wspomnienia kota Gawota

Kiedy zostałem sam z Menuetem, nie było jeszcze tak źle. Omijałem go ostrożnie, bo nigdy nie wiedziałem czego się po nim spodziewać. Czasem , jak miał dobry humor, pobawił się ze mną, a innym razem rzucał się na mnie bez powodu.

Lubię święty spokój, więc schodziłem mu z drogi. Nie da się ukryć, że po śmierci Ochłapka był w depresji. Nie miał się z kim bawić, ani kogo podgryzać. Ja się do tego nie nadawałem.

Wtedy zaczął sobie robić wycieczki, bez wiedzy Pani, oczywiście.
Gdy tylko wszyscy ludzie wyjechali do pracy, przechodził przez dziurę w płocie do sąsiadów, gdzie znajdował psie towarzystwo. Wracał tuż przed powrotem ludzi, tak, że nikt się nie domyślał, co robił całe dnie. Pożywiał się także u sąsiadów, a Pani nie mogła pojąć, dlaczego nie chce jeść i boczy się na najsmaczniejsze kąski. Często złościła się na niego z tego powodu i przypisywała ten jego jadłowstręt depresji po stracie przyjaciela, zresztą sama rozpaczała po śmierci Ochłapka. I wtedy wpadła na fatalny dla mnie pomysł, żeby sprowadzić do domu kolejnego psa. Wiecie, kto był tym nowym nabytkiem? SUITA !

Od tej pory zaczęły się dla mnie prawdziwe kłopoty.
Dopóki była mała, nie dawała rady wskoczyć na mój fotel, choć próbowała. Szczekała tylko tym swoim szczenięcym głosikiem i nie wróżyło to nic dobrego. A kiedy podrosła… zobaczcie sami.

Teraz byłem już atakowany z dwóch stron. Stałem się chłopcem do bicia, a raczej gryzienia.

I kto by pomyślał, że ten słodki szczeniak to wampir i dręczyciel kotów?

Suita wśród fiołków:

A to jej prawdziwa natura:

Nie mogłem już wylegiwać się w psim posłaniu.

Robić spokojnie na drutach:

Ani nawet chodzić po ziemi.

Zostałem wypędzony ze swojego fotela, a nawet z domu. Nie umiałem się bronić. Wolałem przeczekać zły czas, choć mogłem tej małej rozbójniczce wydrapać oczy. Miałem swoje zasady. Nigdy nie uderzyłem żadnego psa.

Skutkiem mojej powściągliwości było powyrywane futro i podrapany nos. Kiedyś nawet zraniłem się w szyję uciekając przez siatkę do sąsiadów przed goniącą mnie parą psów. W końcu nie mogąc odzyskać swego terytorium i fotela zamieszkałem na pięterku werandy, ciepłym i nasłonecznionym latem, ale trochę chłodnym zimą. Na szczęście mam solidne futro, a szalone psy bały się wchodzić po schodkach na górę.
Znów miałem dla siebie kanapę, otaczały mnie doniczki z roślinami, dostałem nawet kuwetę, choć z niej nie korzystałem. Wychodziłem na dwór przez specjalne, choć niewymyślne przejście. Psy, które czasem sypiały na dole werandy nie były zbyt uciążliwe. Zawsze znalazłem moment , aby przebiec obok ich legowisk. Czasem nawet sypiałem w ich posłankach. Uznawały zasadę, kto pierwszy, ten lepszy i szły spać na dywanik.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *